Podobnie jak każdy chłopak w moim wieku w młodości chciałem zostać karateką. Była to epoka kaset VHS i wypożyczalni wideo, dzięki którym całe moje pokolenie miało możliwość zapoznać się z tym co amerykańska kinematografia miała nam do zaoferowania. Z zapartym tchem śledziliśmy więc losy kolejnych karateków. Wszystkie te filmy były oparte na dokładnie tym samym schemacie: najpierw dobry i prawy młodzieniec próbując przeciwstawiać się niesprawiedliwości czynionej przez główny czarny charakter filmu doznawał bolesnej porażki, bo jego karate było słabsze niż karate złoczyńcy. Wówczas pojawiał się nauczyciel, który oferował mu przekazanie umiejętności, które sprawią, że przy następnym spotkaniu szanse będą wyrównane. Następują kolejne lekcje, aż w końcu dochodzimy do etapu w którym nauka jest zakończona i wówczas bohater może udać się na poszukiwanie złoczyńcy aby wyrównać z nim rachunki. Mimo że od początku każdego filmu karate wiedzieliśmy, jak się musi skończyć, oglądaliśmy każdy, jaki pojawił się w wypożyczalni. Nie liczyła się bowiem fabuła, ale możliwość obcowania ze starożytną japońską sztuką walki, której adepci byli nie do pokonania. Wszyscy chcieliśmy być tacy jak bohaterowie filmów karate, toteż najróżniejsze kluby sztuk walki przeżywały istne oblężenie. Mieszkałem w małym miasteczku, w którym jednak znajdował się klub kick-boxingu. Trenująca w nim młodzież jeździła na ogólnopolskie zawody i jak równy z równym walczyła z reprezentantami większych miast. Domeną naszych kick-boxerów były semi-contact i light-contact, formuły stricte amatorskie, w których zdarzało im się nawet zdobywać medale.